– Nu, dojechalim – powiedział woźnica.
Przybysze wysiedli, skonsternowani, i marzenia o normalnych domach pękły niczym bańka mydlana.
– I co teraz? – wyrwało się Apolonii.
– Szto? Nieczewo. Zdieś wam żyt i zdieś wam padychat. – Mężczyzna zarechotał paskudnie i odjechał, zostawiając zdezorientowanych ludzi na ogromnym klepisku.
W ciągu kilku chwil mieszkańcy osady wylegli z domostw, niektórzy trzymali w glinianych dzbankach mleko, inni placki przypominające chleb. Ale tych osób było niewiele. W większości ludzie patrzyli na przybyszy złowrogo, jakby właśnie przyjechali obcy, by zakłócić ich spokojny żywot. Stali więc tak bezradni i czekali na ostatni wóz, w którym jechali mężczyźni odbierający ich ze stacji. Oni przecież powinni coś wiedzieć. Jednak zakomunikowali oni zesłańcom, że tutaj ludzie sami sobie muszą znaleźć miejsce do spania, jedzenie i pracę, jeśli w ogóle ktoś zezwoli im ją podjąć.
– To jak mamy żyć? – zapytała rozdzierająco Apolonia.
– Możecie zdychać, jak chcecie – odpowiedział ten o jasnych włosach i dodał, że niebawem wszyscy będą musieli się zgłosić do biura po papiery, a owo biuro znajduje się w miasteczku, w którym wysiadali na stacji. – Takimi, jak wy, zajmują się sielsowiety, bo wy jesteście admistratiwno-wysłanni.
Przybyli ludzie spoglądali na siebie pytająco. Nie mieli pojęcia, co w praktyce oznaczał termin „zesłańcy w trybie decyzji administracyjnej”. Nie wiedzieli także, czym dotrą do oddalonego o dziesięć kilometrów od osady miasteczka. Zapewne będą musieli pójść piechotą, ale jak wytrzymają tę drogę dzieci, starcy i gdzie przechowają swoje bagaże, a w końcu jak przeczekają noc? Idiotyzmem wydawało się wywożenie ich z miasteczka, kiedy właściwie powinni niechybnie tam wrócić.
– To nie mogliście się tam zatrzymać, żebyśmy mogli załatwić formalności? – zirytował się stary Morawiński.
Mężczyzna pokręcił przecząco głową.
– U nas sielsowiety do trzeciej odkryte, a wy prijechali o czwartej.
Blady strach padł na każdego z przybyłych. Zaczęli gorączkowo szukać pieniędzy i proponować je tubylcom, żeby jakoś przetrwać noc. Stojący wokół nich Kazachowie mówili w języku, który był kompletnie niezrozumiały, tylko nieliczni Rosjanie mogli swobodnie się z nimi porozumieć. Pieniądz jednak nie wymagał znajomości języka, więc wysuwano w kierunku mieszkańców dłonie z banknotami. Różnymi. Złotówkami, rublami albo dolarami. Mieszkańcy odsuwali się jednak i kręcili przecząco głowami na znak, że pieniądze ich nie interesują. Po chwili zaczęli wskazywać na tobołki i walizki.
– No tak, po co im pieniądze, jeśli nie będą mieli ich gdzie wydać. Mogą co najwyżej napalić nimi w kozie – mruknęła Klara i otworzyła walizkę.
– Modryj Sad – prychnęła pod nosem rozzłoszczona Gabriela. – Ani on modry, ani on ogrodu nie przypomina.
– Dziewczęta, tylko z głową – wtrąciła się Jadwiga. – To cały nasz dobytek. Nie wiadomo, jak długo będziemy musiały się utrzymać, zanim znajdziemy pracę.
– Mamo, jestem tak wykończona, że oddam najcenniejszą rzecz z mojej walizki, byleby tylko umyć się i położyć w normalnym łóżku. I nie słyszeć stukotu pociągu – powiedziała zrezygnowanym głosem Klara i zaczęła po kolei wyciągać najlepsze swoje sukienki i prezentować je przed zabranymi tubylcami, niczym stara handlarka na bazarze przed klientami.
Jedna z kobiet podeszła do Klary i wzięła w dłonie elegancką sukienkę. Był to strój wizytowy z czarnej krepy, ozdobiony czerwonymi aplikacjami i takimż kołnierzem.
– Ja płacie, wy w moj dom – powiedziała.
– Alleluja, mamy nocleg! – ucieszyła się Klara i wzniosła oczy ku niebu.
Ten pierwszy dobity targ na placu w Modrom Sadie rozochocił pozostałych ludzi i podobnie jak Klara Kącka zaczęli prezentować przywiezione przez siebie dobra. Jedynie Błażej, trzymający dziadka Konstantego pod rękę, nie otwierał swojego tobołka. Z prostej przyczyny – nie posiadali ani biżuterii, ani pięknych ubrań, a jedynie rzeczy niezbędne i w dodatku mocno zużyte. Gabriela Kącka, idąca ze swoją walizką za gospodynią domu, nagle odwróciła się i popatrzyła na bezradnego chłopaka. Miał łzy w oczach, bo nie posiadał niczego, co mógłby przehandlować za dach nad głową. Dziewczyna złapała kobietę za rękaw i powiedziała, wskazując palcem na Piotrowskich:
– Dam jeszcze jedną, ale weźmie pani tego starszego człowieka i jego wnuka.
Gospodyni pokręciła przecząco głową. Gabriela nie zastanawiała się zbyt długo i ku zdziwieniu matki i siostry zsunęła z palca pierścionek, który dostała od swojej babci na szesnaste urodziny. Ten klejnot był w rodzinie Kąckich od dwóch stuleci. Gospodyni zawahała się i zapytała:
– Zołoto?
Gabriela pokiwała głową. Kobieta wzięła od niej pierścionek i włożyła do ust, a potem przygryzła. Panna Kącka nie znała podobnego sposobu na badanie kruszców, ale nie odezwała się ani słowem. W końcu gospodyni wsunęła sobie pierścionek na palec, pooglądała w świetle zachodzącego słońca, po czym westchnęła i pomachała ręką na Piotrowskich, by poszli za nią.
Błażej nigdy wcześniej nie poczuł się tak upokorzony, jak w tym momencie. Nawet wówczas, gdy Domosławski przyłapał go na kradzieży w kościele. Kobieta, w dodatku ta, za którą szalał, zapłaciła za nich. Gdyby nie dziadek, wolałby tę noc spędzić pod gołym niebem, a potem nająć się do najpodlejszych robót, byle tylko nie być na łasce Gabrieli Kąckiej. W tym momencie przyrzekł sobie, że spłaci dług i kupi pannie Gabrieli najpiękniejszy złoty pierścionek, jaki kiedykolwiek istniał na tym świecie.
Klepisko z każdym kwadransem pustoszało, bo ludzie kolejno dobijali targu i szli do swoich nowych kwater. Na placu pozostały jeszcze Apolonia z Niną i pani Domosławska z Nelą. Nina była blada, otępiała i wykrzywiała z bólu twarz, bo jeszcze nie wydobrzała po porodzie. Ryszewska, widząc, że nie może na nią w tym momencie liczyć, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Otworzyła swoją przepastną walizę i zaczęła wyciągać z niej rzeczy, które w tym miejscu wydawały się co najmniej niestosowne. Tubylcy śmiali się do rozpuku, gdy Apolonia prezentowała im szale boa, sukienkę z cekinami i wytworny kapelusz z woalem. Podobnie zareagowali na strojne naszyjniki, które niestety nie były ze złota, a połyskujące kamienie nie należały do tych szlachetnych. W końcu zdesperowana otworzyła swój kuferek z kosmetykami i zaczęła się malować. Otworzyła puderniczkę, pomalowała usta, doczepiła sztuczne rzęsy i wtedy dopiero kobiety rzuciły się na te dobra, o których słyszały jedynie, ale na oczy nie widziały. Zwłaszcza duże zainteresowanie te cuda wzbudziły w kobiecie, która była nieco lepiej ubrana od pozostałych i wyszła z domu, który prezentował się odrobinę solidniej od innych.
I w tym momencie Apolonia spostrzegła, że Nina osuwa się na klepisko. Polacy, którzy jeszcze pozostali na placyku, podbiegli do niej, ktoś przyniósł w metalowym kubku wody i po chwili Zawiślańska ocknęła się. Kobieta zainteresowana kosmetykami Apolonii wykrzywiła w grymasie twarz i oznajmiła, że przyjmie je obie tylko wówczas, gdy Apolonia dorzuci do całego zestawu flakon francuskich perfum.
– A bierz, pazerna małpo! – syknęła pod nosem Apolonia, po czym zwróciła się do Niny: – Tylko same problemy z tobą, moja droga.
Pomogła