Wędrująca Ziemia. Cixin Liu. Читать онлайн. Newlib. NEWLIB.NET

Автор: Cixin Liu
Издательство: PDW
Серия: s-f
Жанр произведения: Историческая фантастика
Год издания: 0
isbn: 9788381887960
Скачать книгу
u9bafh66ae436c5c8b.jpeg" alt="WĘDRUJĄCA ZIEMIA – strona tytułowa"/>

      WĘDRUJĄCA ZIEMIA

      Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

      20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

      Rozdział 1

      Era hamowania

      Nigdy nie widziałem nocy. Nigdy nie widziałem gwiazd. Nigdy nie widziałem wiosny, jesieni ani zimy. Urodziłem się tuż po zakończeniu ery hamowania, gdy Ziemia przestała się obracać.

      Zatrzymanie rotacji Ziemi zajęło czterdzieści dwa lata, trzy lata więcej, niż planowała Koalicja. Matka opowiedziała mi, jak nasza rodzina obserwowała ostatni zachód słońca. Zapadało za horyzont bardzo wolno, jakby na nim utknęło. Zanim ostatecznie zaszło, minęły trzy dni i trzy noce. Oczywiście potem nie było już ani „dnia”, ani „nocy”. Przez długi czas, może nawet przez dziesięć lat, półkula wschodnia była pogrążona w wiecznym zmierzchu. Słońce znajdowało się tuż pod horyzontem i jego blask wypełniał połowę nieba. Urodziłem się podczas tego niekończącego się zachodu słońca.

      Zmierzch nie oznacza ciemności. Silniki Ziemi jasno oświetlały całą półkulę zachodnią. Zamontowano je w poprzek Azji i Ameryki Północnej – tylko solidne płyty tektoniczne tych kontynentów mogły wytrzymać ich ogromny napór. W sumie na równinach euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej rozmieszczono ich dwanaście tysięcy.

      Z miejsca, gdzie mieszkałem, widziałem jaskrawe promienie plazmy wyrzucanej przez setki silników. Wyobraź sobie Partenon na Akropolu i niezliczone potężne kolumny wznoszące się do sklepienia, z których bucha jak z lamp fluorescencyjnych oślepiające niebieskobiałe światło. Przy nich jesteś tylko mikrobem na posadzce świątyni. W takim świecie żyłem. Prawdę mówiąc, ten opis nie jest zbyt dokładny. Faktycznie rotację Ziemi powstrzymał składnik styczny wytwarzany przez te silniki. W tym celu trzeba je było ustawić pod bardzo precyzyjnie wyliczonym kątem, dzięki czemu wielkie wiązki promieni przecinały niebo ukośnie. Wydawało się, jakby ogromny pałac, w którym mieszkaliśmy, się chwiał i był o włos od zawalenia się! Widząc ten spektakl, przybysze z półkuli południowej często doznawali ataków paniki.

      Ale jeszcze bardziej przerażający od widoku silników był wytwarzany przez nie żar. Temperatura sięgała siedemdziesięciu–osiemdziesięciu stopni Celsjusza, co zmuszało nas do wkładania przed wyjściem na zewnątrz kombinezonów chłodzących. Ten żar często powodował gwałtowne burze. Widok wiązek plazmy przebijających się przez ciemne chmury był koszmarny. Chmury rozpraszały ich niebieskobiałe światło, tworząc frenetyczne tęcze. Całe niebo żarzyło się jak rozpalona do białości lawa. Mój dziadek, który był wówczas w podeszłym wieku, cierpiał na otępienie starcze. Pewnego dnia, udręczony nieznośnym upałem, tak się ucieszył na widok deszczu, że rozebrał się do pasa i wybiegł na dwór. Nie zdążyliśmy go zatrzymać. Krople były rozgrzane przez strumienie plazmy prawie do temperatury wrzenia i tak poparzyły mu skórę, że schodziła wielkimi płatami.

      Dla urodzonych na półkuli północnej osób z mojego pokolenia to wszystko było tak samo naturalne jak słońce, gwiazdy i księżyc dla ludzi, którzy żyli przed erą hamowania. Nazywaliśmy ten okres w dziejach ludzkości epoką presolarną – i jakże urzekający był ten złoty wiek!

      Gdy rozpocząłem naukę w szkole podstawowej, nauczyciele zabrali nas w ramach zajęć na wyprawę dookoła świata. Wtedy Ziemia już zupełnie przestała się obracać. Poza utrzymywaniem tego stanu stacjonarnego silników Ziemi używano tylko do wprowadzania drobnych poprawek w jej ustawieniu. Z tego powodu w ciągu trzech lat, które minęły od ukończenia przeze mnie trzeciego roku życia, wiązki plazmy nie świeciły już tak intensywnie jak wówczas, gdy silniki pracowały pełną mocą. To właśnie ta ich względna nieaktywność pozwoliła nam wybrać się na wycieczkę w celu lepszego zrozumienia świata.

      Najpierw zobaczyliśmy z bliska jeden z silników Ziemi. Znajdował się koło Shijiazhuang, obok wjazdu do tunelu kolejowego, który biegł pod górami Taihang. Nad nami, przesłaniając pół nieba, wznosiła się wielka metalowa góra. Na zachodzie łańcuch Taihang wyglądał jak szereg łagodnych wzgórz, więc niektóre dzieci zaczęły krzyczeć, że ta góra jest wysoka jak Mount Everest. Naszą wychowawczynią była ładna młoda kobieta, pani Stella. Roześmiała się i powiedziała, że silnik ma jedenaście tysięcy metrów, dwa tysiące więcej niż Mount Everest.

      – Ludzie mówią na nią „Boska Lampa Lutownicza” – dodała.

      Staliśmy w jej cieniu, czując pod stopami drgania, w które silnik wprawiał ziemię.

      Były dwa główne typy tych silników. Większe nazywano „górami”, mniejsze „szczytami”. To była Góra Północnochińska 794. Wdrapanie się na górę zajmowało dużo więcej czasu niż wspięcie się na szczyt. Na szczyt można było się dostać ogromną windą, natomiast na wierzchołek góry trzeba było wjechać długim, wijącym się wokół niej podjazdem. Nasz autobus włączył się w niekończący się sznur pojazdów wspinających się gładką metalową drogą. Po lewej mieliśmy tylko gołą ścianę z niebieskiego metalu, po prawej bezdenną przepaść.

      Większość samochodów stanowiły potężne pięćdziesięciotonowe wywrotki załadowane gruzem skalnym z łańcucha Taihang. Autobus szybko dotarł na wysokość pięciu tysięcy metrów. Ziemia w dole wydawała się stamtąd bezbarwna i nijaka, skąpana w niebieskawym blasku rzucanym przez jej silnik. Pani Stella poleciła nam założyć maski tlenowe. W miarę zbliżania się do wylotu, z którego wydobywały się strumienie plazmy, światło stawało się coraz silniejsze i rosła temperatura. Maski pociemniały i włączyły się mikrokompresory w naszych strojach chłodzących. Na sześciu tysiącach metrów zobaczyliśmy otwór poboru paliwa. Wywrotka za wywrotką zrzucały swój ładunek w ciemnoczerwony żar ziejącego paleniska, które pochłaniało go bezgłośnie. Zapytałem panią Stellę, jak silnik Ziemi zamienia skały w paliwo.

      – Fuzja termojądrowa to trudna dziedzina badań, zbyt skomplikowana, byś mógł ją zrozumieć w tak młodym wieku – odparła. – Niech ci wystarczy wiedza, że silniki Ziemi są najpotężniejszymi maszynami, jakie kiedykolwiek zbudowali ludzie. Na przykład Góra Północnochińska, na której się teraz znajdujemy, wywiera na Ziemię nacisk o sile piętnastu miliardów ton, kiedy pracuje pełną mocą.

      W końcu autobus wjechał na wierzchołek góry. Wylot strumienia plazmy znajdował się bezpośrednio nad nami. Miał tak wielką średnicę, że gdy podnieśliśmy głowy, widzieliśmy tylko rozżarzoną ścianę niebieskiej plazmy niknącą w bezkresie nieba. Wtedy przypomniałem sobie zagadkę, którą zadał nam nasz nauczyciel filozofii.

      – Idziesz przez równinę i nagle natykasz się na mur – rzekł wymizerowany mężczyzna. – Jest nieskończenie wysoki i sięga nieskończenie daleko w głąb ziemi. Rozciąga się nieskończenie daleko w prawo i w lewo. Co to jest?

      Przeszedł mnie zimny dreszcz. Powtórzyłem tę zagadkę pani Stelli, która siedziała obok mnie. Zastanawiała się przez chwilę, po czym potrząsnęła głową. Nachyliłem się do niej i wyszeptałem jej do ucha straszne rozwiązanie.

      Śmierć.

      Przez kilka sekund spoglądała na mnie w milczeniu, a potem przytuliła mocno do siebie. Oparłszy głowę na jej ramieniu, patrzyłem w dal. Zamglona ziemia w dole była upstrzona ciągnącymi się po horyzont gargantuicznymi metalowymi szczytami. Każdy wypluwał jaskrawy strumień plazmy i wszystkie razem wyglądały jak pochyłe drzewa w kosmicznym lesie przeszywające chwiejące się niebo.

      Krótko potem przybyliśmy nad morze. Widzieliśmy sterczące nad jego powierzchnią wierzchołki zatopionych wieżowców. Gdy zaczął się odpływ, z ich niezliczonych okien chlustała spieniona woda, tworząc kaskady. Jeszcze przed końcem ery hamowania pojawiły się jej przerażające skutki. Fale wywołane przez silniki Ziemi pochłonęły dwie trzecie dużych miast na półkuli północnej. Potem wzrost globalnej temperatury spowodował stopnienie pokrywy lodowej na biegunach, co przemieniło ten potop w katastrofę, która dosięgnęła półkulę południową. Trzydzieści lat temu mój dziadek widział na własne oczy, jak stumetrowa fala zalewa Szanghaj. Jeszcze teraz, opisując ten widok, patrzył nieobecnym wzrokiem w dal. Prawdę mówiąc, nasza planeta zmieniała się nie do poznania, jeszcze zanim wyruszyła w podróż. Kto wiedział, jakie próby i cierpienia czekają nas podczas niekończących się wędrówek w przestrzeni kosmicznej?

      Wsiedliśmy na