Nabór. Vincent V. Severski. Читать онлайн. Newlib. NEWLIB.NET

Автор: Vincent V. Severski
Издательство: PDW
Серия: Zamęt
Жанр произведения: Шпионские детективы
Год издания: 0
isbn: 9788381433846
Скачать книгу
mu się nosem. Tym razem efekt był jeszcze przyjemniejszy niż po pierwszym piwie. Hani nabrał pewności siebie i pomyślał, że o niczym nie marzy teraz bardziej niż o tym, by porozmawiać z kimś przyjaznym, opowiedzieć mu o sobie, o Iranie, Isfahanie, najpiękniejszym mieście na świecie, o ojcu i śmierci brata Mohameda. Wiedział, że nie wolno mu rozmawiać z obcymi, ale czuł się taki szczęśliwy… Nagle śmierć przestała być granicą, droga do raju stanęła otworem i chciał iść tam, gdzie czekają na niego już wszyscy Wybrani.

      Kelner bez słowa postawił przed nim koszyczek ze sztućcami i talerz, na którym pływał w sosie kawałek mięsa i białe kluski. Hani uśmiechnął się do kelnera i dotknął palcem brzegu kufla. Kelner delikatnie skinął głową, ale nic nie odpowiedział. Przez chwilę przyglądał się drobnemu mężczyźnie w okularach, jakby nie był pewny, czy powinien mu podać trzecie piwo, aż w końcu się odwrócił i poszedł w stronę baru. Hani spróbował mięsa, było zimne, kluski też, ale sos był ciepły. Pewnie tak powinno być – uznał i zjadł wszystko ze smakiem.

      Obudził się w swoim pokoju. Było zimno i bolała go głowa. Leżał na łóżku, w ubraniu, ale bez butów. Okulary równo złożone na stoliku nocnym, tak jak zawsze.

      Przez chwilę rozważał, jak się tu dostał, o której. Nie mógł sobie przypomnieć żadnego wyraźnego obrazu poza tym, że był w restauracji naprzeciwko i pił piwo. Nic więcej nie pamiętał.

      Usiadł na łóżku i zaczął się zastanawiać, co powinien teraz zrobić. Dochodziła ósma. Postanowił najpierw się wykąpać, dokonać ablucji, a potem pomodlić. Wprawdzie obejmowała go takijja, ale i tak czuł się zbrukany po tym, co wczoraj zrobił. Nie musiałem przecież pić piwa – pomyślał i założył okulary. Od razu obraz zrobił się wyraźny i Hani poczuł się lepiej.

      Gdy ruszył w stronę łazienki, ktoś cicho zastukał do drzwi.

      Po chwili do pokoju wszedł wysoki, krótko ostrzyżony mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce i błękitnych dżinsach. Rozejrzał się i nie wyjmując rąk z kieszeni, usiadł na krześle.

      – Zbieraj się… Jedziemy – rzucił w farsi ściszonym głosem.

      – Chciałem się jeszcze wykąpać… – odezwał się Hani.

      – Nie ma czasu – przerwał mu zdecydowanym tonem nieznajomy. – Nie musisz. – Spojrzał na stojącą na podłodze zamkniętą torbę. – Już się spakowałeś. Dobrze.

      Hani posłusznie wciągnął buty.

      – Nie modliłem się od…

      – Nie musisz. Akurat ty… nie musisz.

      – Dokąd jedziemy? – zapytał Hani, zawiązując but.

      – Zobaczysz – rzucił tajemniczo mężczyzna, podniósł się i wziął torbę Haniego. – Jedziemy do Zagrzebia. Mów do mnie Luka – dodał i kiedy ruszyli do wyjścia, położył mu rękę na ramieniu. Był o głowę wyższy. – Nie przypuszczałem, że jesteś taki drobny, ale… – Zatrzymał się przed drzwiami i spojrzał prosto w oczy Haniemu, który zadarł głowę i palcem docisnął okulary. – Jesteś wielki! Bardzo cię szanuję. A nawet więcej, podziwiam.

      Zaczęli schodzić na dół, więc przestali rozmawiać.

      Kiedy Hani regulował rachunek, Luka czekał już przed hostelem, kilkanaście metrów od wyjścia. Ujrzawszy Haniego, ruszył powoli przed siebie.

      Niebieskie volvo V70 na austriackich numerach stało zaparkowane w sąsiedniej uliczce. Luka wrzucił torbę do bagażnika i usiadł za kierownicą. Po chwili dołączył do niego Hani.

      – Jesteś głodny? – zapytał Luka, kiedy tylko ruszyli.

      – Tak, i chce mi się pić.

      – Masz wodę na tylnym siedzeniu. Zatrzymamy się na stacji benzynowej na kawę i kanapki.

      – Ile czasu będziemy jechać do tego Zagrzebia?

      – Około pięciu godzin, bo pojedziemy bocznymi drogami. Wjeżdżamy do Unii Europejskiej…

      – Zagrzeb to nasz cel? – dopytywał się Hani.

      – Nie wiem. Mam cię przewieźć przez granicę i dostarczyć na podany adres w Zagrzebiu. Nic więcej nie wiem i nie pytaj. Mniej wiesz, mniej się boisz. – Luka prowadził samochód spokojnie, z wprawą. Od razu było widać, że zna miasto. – Nic nie kupowałeś w Belgradzie? – zapytał.

      – Oczywiście, że nie. – Hani popił wody z butelki. – Jestem dobrze przeszkolony – dodał pewny siebie.

      – Wiesz… – zaczął z wahaniem Luka. – Ja też jestem w Korpusie. – Spojrzał na Haniego i pierwszy raz się uśmiechnął, pokazując duże białe zęby.

      – Osiemdziesiąt siedem dwieście trzydzieści sześć – wyrecytował Hani z dumą.

      – Siedemdziesiąt dwa czterysta pięć. – Luka pokiwał głową i wyciągnął do Haniego rękę. Uścisnęli sobie dłonie, patrząc przed siebie. – Ale wciąż czekam na prawdziwy przydział, taki jak twój. Na razie tylko pomagam Wybranym. Zazdroszczę ci. – Głos Luki brzmiał bardzo przekonująco i Hani poczuł się jeszcze bardziej dowartościowany.

      – Przyjdzie i twój czas, nie martw się – powiedział Hani po chwili namysłu, z lekkim poczuciem wyższości. – Wszystko w ręku Boga. Naprawdę nie wiesz, dokąd jadę? – zapytał.

      – Naprawdę. Moje zadanie to dostarczyć Wybranych w odpowiednie miejsce… i wszystko.

      – Wybranych? To znaczy, że nie jestem jedyny? – Hani był wyraźnie rozczarowany. – Ilu nas jest? Wiesz? Powiesz mi?

      – Nic ci nie powiem – rzucił twardo Luka i wyciągnął papierosa. – Zapalisz? – zapytał, ale Hani tylko pokręcił głową. – Nic nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć, skąd jesteście… ani skąd pochodzisz. Dyscyplina, miłość ojczyzny i szczera wiara w Allaha to w Ghods nasza najpotężniejsza broń i dlatego zwyciężymy. – Przytrzymując kolanem kierownicę, wygrzebał zapalniczkę z kieszeni i przypalił sobie. – Wojna jest już blisko.

      – Wiem, wiem i znam zasady. – Hani się zamyślił. – Czyli jest nas więcej w akcji. Tak przypuszczałem. Czuję dumę, że należę do Wybranych. Szkoda tylko, że nie mogłem się pożegnać z ojcem i braćmi.

      Luka wyrzucił niedopałek i zamknął okno.

      Wyjechali na dawną autostradę Braterstwo i Jedność przecinającą niegdyś Jugosławię wzdłuż i kiedy minęli tablicę z napisem Zagrzeb 380 km, zamilkli.

      Hani wpatrywał się w szary krajobraz i czuł, że zaczyna go już mdlić z głodu. Przypomniał Luce, że obiecał śniadanie na stacji benzynowej, ale ten nic nie odrzekł, tylko siedział zamyślony, prowadząc samochód jedną ręką.

      Rozmowa z Luką była dziwna i Hani po raz pierwszy, odkąd przyjechał do Meszhedu, poczuł, że czegoś nie rozumie. Jakby pojawiła się rysa na systemie wartości i zasad, którym się kierował. Wcześniej nie musiał się nad nim zastanawiać, bo wydawał mu się spójny, logiczny, wręcz idealny. Każde słowo Luki, zdanie czy myśl pasowały do siebie, otwierając naturalną drogę do dżihadu, męczeństwa i Allaha. Odnosiło się wrażenie, że jego wiara jest żarliwa, a mimo to nie brzmiał szczerze. Co więcej, nie powiedział nic, z czym Hani mógłby się nie zgodzić, i to niepokoiło go jeszcze bardziej.

      Nigdy z nikim nie rozmawiałem w ten sposób o swojej misji – pomyślał – więc może czegoś nie rozumiem albo jestem zbyt przewrażliwiony. Ale przecież męczennik nie może być zazdrosny o męczeństwo.

Скачать книгу